Miesiąc temu przyszedł do mnie młody człowiek z propozycją, by na szkolnej stronie internetowej stworzyć galerię autorską, w której można by urządzać wystawy nie tematyczne, a osiągnięcia twórców, młodych, młodszych i dorosłych związanych ze środowiskiem naszej szkoły. A zatem uczniów, absolwentów, rodziców i nauczycieli a także mieszkańców z naszej okolicy zaprzyjaźnionych z nami. Takich ludzi jest dużo i pomysł jednej z naszych absolwentek, by prezentować autorów i ich artystyczne osiągnięcia bardzo przypadł mi do gustu.
Minął niespełna miesiąc i debiutujemy ze Szkolną Galerią Autorską i wirtualną wystawą fotograficzną p.t.: „ Z psiej perspektywy” jednej z naszych absolwentek Aleksandry Plizgi.
Oto jak rekomenduje jej dokonania przyjaciółka Autorki Justyna Piekara:
„Pomysłowość, energia, twórcza praca, zdeterminowanie. A to wszystko w jednej osobie. W jednym słowie – OLA. Utalentowana plastycznie, młoda dziewczyna dążąca do celu. Pasjonatka zwierząt i bardzo troskliwa w stosunku do wszystkich stworzeń. Energiczna, szalona nastolatka, pełna pozytywnej energii. Żyje w „swoim” świecie pasji, artyzmu i ciekawych pomysłów. Nie zdziwiłabym się, gdyby to była istota z innej planety : ). Nie lubi: deszczu, nudy i nieszczerych ludzi.
Śpiewanie? Nie. Gotowanie? Nie. Robienie na drutach? Nie. Fotografia? Tak! To właśnie ona, jedna z pasji pochłaniających ją bez reszty . (…) Co prawda to początkująca adeptka fotografii, ale w jej zdjęciach już można doszukać się talentu i zalążka profesjonalizmu. Zdjęcia nie tylko oddające rzeczywistość, ale też emocje.
Zapraszam bardzo do obejrzenia galerii…”
Michał Znamirowski
Dariusz Rekosz jest autorem kryminałów i książek sensacyjnych, a także przygodowo-kryminalnej prozy dla dzieci.
Był gościem naszego ubiegłorocznego Pikniku Rodzinnego.
Dzisiaj proponujemy Szanownym Czytelnikom rozmowę z pisarzem.
,,Teraz szkoła”: Nie ma przecież szkół dla pisarzy, a jest ich mnóstwo. Co zatem zrobić, co trzeba umieć, żeby zostać pisarzem?
Szkół dla pisarzy nie ma – to prawda. Ale może to i lepiej, ponieważ absolutnie każdy, w każdym wieku, z każdym wykształceniem, i z każdym doświadczeniem zawodowym może spróbować swoich sił jako pisarz. Potrzebne są cztery umiejętności. Trzeba umieć pisać. Trzeba umieć czytać. Trzeba umieć liczyć. I na koniec – koniecznie trzeba umieć kłamać. Do umiejętności czytania i pisania nie trzeba chyba nikogo specjalnie przekonywać. Natomiast umiejętność liczenia przydaje się w dwóch momentach – kiedy zaczynamy liczyć objętość napisanego tekstu, i kiedy obliczamy przychód osiągnięty ze sprzedaży naszych dzieł. To drugie następuje dużo, dużo później. Pisarz, który nie potrafi kłamać, nie jest w stanie wymyślić jakiejkolwiek fabuły, a więc pisze o „prawdach historycznych”. Proszę mi wierzyć – ludzie lubią być okłamywani, bo właśnie w nieprawdziwych, fikcyjnych powieściach odnajdują świat, jakiego nie mogą doświadczyć na co dzień. I to jest najpiękniejsze.
TS: Czy wg Pana to trudna praca?
Wiele razy zastanawiałem się, czy pisarstwo, to w ogóle praca. Nie istnieją przecież firmy, przedsiębiorstwa czy biura, które zatrudniałyby na etacie pisarzy. Pisarzem się jest od czasu do czasu. Człowiek „zatrudnia” samego siebie wówczas, gdy ma coś do powiedzenia (napisania). Nie można również zaprogramować pisarza na tworzenie w określonych godzinach „urzędowania”. Tak więc trudno jednoznacznie określić, czy bycie pisarzem jest pracą, czy tylko (aż) olbrzymią pasją i przyjemnością. Zapytałbym raczej – czy trudno jest być pisarzem? Odpowiedź brzmi: TAK. Trudno. Chociaż przyznać trzeba, że z kolejną książką jest ciut łatwiej. Może sprawdza się tutaj porzekadło, że trening czyni mistrza, ale coś w tym z pewnością jest. Pamiętać bowiem należy, że napisanie książki, to dopiero połowa sukcesu (może nawet jedna trzecia). Zostaje jeszcze przekonanie wydawcy, że tekst jest dobry i że książka będzie się sprzedawać.
TS: Jakie były Pana początki?
Przypadkowe. W odpowiedzi na internetowe ogłoszenie napisałem trzy strony początku pewnej młodzieżowej przygody i zachęcony do jej rozwinięcia – dopisałem ciąg dalszy. Potem postarałem się, aby moje opowiadanie przybrało postać powieści – podzielonej na rozdziały – i doprowadziłem do jej wydania. Za wydanie to trzeba było niestety zapłacić. Pomogli dobrzy ludzie i jakoś się zaczęło. „Urodził” się „Szkolny detektyw”, którego kilkanaście miesięcy później przekształciłem w przygody Mors i Pinky.
TS: Skąd Pan czerpie pomysły na książki?
Z głowy. To jest chyba największa tajemnica wszystkich pisarzy – każda książka powstaje najpierw w głowie. I z pewnością jest wynikiem tego, co człowiek w życiu widział, słyszał, o czym rozmawiał i o czym czytał. Odpowiednia kompilacja przemyśleń pozwala na tworzenie niepowtarzalnej treści, która powinna rozpoczynać się słowami – „a teraz opowiem ci pewną historię...”. Jeżeli autor od pierwszych stron swojej książki nie potrafi tego przekazać, to czytelnik najczęściej odłoży ją i już więcej po nią nie sięgnie.
TS: Woli Pan pisać dla dorosłych czy dla dzieci?
Pisanie dla dorosłych nijak się ma do pisania dla dzieci. I vice versa. Stąd nie ma w moim przeświadczeniu hierarchii – pisanie dla której z tych grup sprawia mi większą przyjemność. I w jednej, i w drugiej grupie znajduję odbiorców. Tak więc pisanie – zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci – sprawia mi jednakową frajdę. Zwłaszcza, że dorośli znajdują w moich „dziecięcych” książkach przygody ze swojej młodości (jedna z gazet napisała nawet, że one „pachną Panem Samochodzikiem”). A po drugie nigdy nie wiadomo, kiedy młodszy czytelnik zacznie sięgać po książki „dla dorosłych”.
TS: Pana ostatnia książka to „Zamach…” Kto i dlaczego dokonał zamachu na to muzeum?
Oczywiście, że nie odpowiem na to pytanie. Gdybym to zrobił, to kto skusiłby się na zaglądnięcie do „Zamachu...”? Powiem tylko tyle, że Muzeum Hansa Klossa istniało faktycznie w Katowicach od początku marca do końca grudnia roku 2009. Otwarto je z wielką pompą, natomiast zamknięto po cichutku, z nutką tajemniczości wokół tego wydarzenia. Przyczyniło się do tego faktu kilka powodów, a ponieważ pełniłem w MHK funkcję animatora kultury, to mogłem sobie pozwolić na uchylenie pewnej zakulisowej pikanterii we wspomnianej książce. Jestem przekonany, że każdy, kto po nią sięgnie i wtopi się w wir wydarzeń, jakie przedstawiłem na jej kartach – po pewnym czasie zacznie się zastanawiać: „a może rzeczywiście tak było?”. Gorąco polecam tę powieść! Uważam, że jest warta każdej sekundy, jaką można jej poświęcić.
TS: Dzięki swojej pisarskiej karierze spotyka Pan wielu znanych ludzi? Kto Pana zachwycił, oczarował, zaintrygował. Które spotkanie najmilej Pan wspomina?
W tym momencie wystarczyłoby chyba wymienić same nazwiska. A więc: Stanisław Mikulski, Leonard Pietraszak, Edward Linde-Lubaszenko, Lech Ordon, Witold Pyrkosz, Teresa Lipowska, Alina Janowska, Wiesława Mazurkiewicz, Włodzimierz Press, Wiesław Gołas, Ewa Szykulska, Adriana Biedrzyńska, Emilia Krakowska, Magdalena Stużyńska, Rafał Bryndal, Jarosław Kret, Agnieszka Kunikowska, Leszek Mazan, Martyna Wojciechowska, Krzysztof Skiba, Maciej Orłoś – to tylko niektóre osoby, z którymi miałem przyjemność zetknąć się w ostatnim czasie. Każdy z nich ma niepowtarzalną osobowość, trudno więc wskazać tu jedną, jedyną osobę, która oczarowałaby mnie lub zachwyciła w wyjątkowy sposób. Z pewnością na wyróżnienie zasłużył pan Mikulski – to właśnie jego wizerunek upiększył okładkę książki „Zamach na Muzeum Hansa Klossa”. Z przyjemnością wspominam także wspólne chwile (ale i rozmowy telefoniczne) z panem Pietraszakiem, z panią Szykulską, Stużyńską, czy z Krzyśkiem Skibą. A od pana Linde-Lubaszenko usłyszałem najbardziej przejmującą historię życia, z którą trudno byłoby „walczyć” nawet słynnym dziełom martyrologicznym. Do wyżej wymienionych nie sposób nie dorzucić także Bohdana Butenko, z którym – myślę, że mogę tak powiedzieć – łączy mnie przyjaźń i... administrowanie jego stroną internetową.
TS: Pana kryminał „Siostrzyczka” zebrał bardzo pozytywne recenzje. Wykazuje się w nim Pan wiedzą z różnych dziedzin. Skąd Pan czerpie informacje i w jaki sposób zabiera się Pan do przygotowań do pracy nad książką?
Myślę, że nie tylko w tym thrillerze udało mi się przemycić wiele informacji z różnych dziedzin życia (i nauki). Staram się, żeby i w książkach dla dzieci, i w książkach dla dorosłych znalazła się garść nienachalej wiedzy, bo uważam, że czytanie – oprócz rozrywki – powinno dostarczać ludziom pewnych określonych wiadomości (wartości). Zanim usiądę do napisania kolejnej powieści, buduję najpierw jej scenariusz (długopisem na papierze), zawierając w nim najistotniejsze momenty (sceny, które MUSZĄ się znaleźć w książce). Następnie – pisząc już treść książki – uzupełniam swoje pomysły o informacje, które znaleźć dziś można niemal wszędzie (internet), a wątki poboczne wymyślam w trakcie pisania. Czasami „podpieram się” innymi publikacjami książkowymi (także mapami i planami miast), ale zawsze dążę do tego, żeby czytelnicy dochodzili do pewnych wiadomości (wartości) tymi samymi drogami, co moi bohaterowie.
TS: Co jest bardziej męczące: przygotowania czy samo pisanie?
Najtrudniejsze (a więc chyba także najbardziej męczące) jest wymyślenie fabuły – czyli przebiegu treści książki. Logiczne poukładanie wszystkich wątków rodzi się na etapie przygotowania, ale to w trakcie pisania łączy się je ze sobą. Można więc powiedzieć, że procesy te bardzo wyraźnie zazębiają się ze sobą i „męczą” w równym stopniu.
TS: Czy w trakcie pisania wpada Pan „w trans” i na przykład przypala Pan obiad, ponieważ tak bardzo odbiega Pan myślą od rzeczywistości?
Są dni, gdy jestem sam w domu (rodzina wyjechała na wakacje), za oknem pada deszcz, w telewizji nie ma nic ciekawego. A więc zacieram ręce i postanawiam, że napiszę pół książki. Siadam do komputera i... gapię się w monitor... godzina za godziną... A są chwile, gdy na zegarze jest druga w nocy i żal mi odejść od klawiatury. „Trans” dopada mnie więc w różnorodnych momentach. Do tej pory nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby przypalić z tego powodu obiad. Chociaż nie wykluczam, że w przypadku prowadzenia jakiegoś ciekawego wątku nie byłbym w stanie do tego dopuścić. Ba! Cieszę się nawet, jeżeli tak bardzo zagłębiam się w tworzoną przeze mnie historię, bo daje to gwarancję, że będzie jeszcze bardziej wiarygodna.
TS: Liczy Pan swoje spotkania autorskie? Ile ich już było?
O! Bardzo dużo! Z pewnością około dwustu! Zarówno w Polsce, jak i poza granicami (Irlandia, Szwajcaria), bardzo chętnie spotykam się z ludźmi, którzy chcą na żywo zobaczyć pisarza (bo imię i nazwisko na okładce książki jest „płaskie” i „puste”). Tylko w Polsce przejechałem swoim prywatnym samochodem około 33.000 kilometrów! Brakuje mi więc jeszcze tylko 7 tysięcy kilometrów, żeby objechać Ziemię dookoła. Docieram do różnych miejscowości, szkół, bibliotek – wszędzie tam, gdzie mogę opowiedzieć o mojej wielkiej pasji, jaką jest pisanie książek.
TS: Ogromną popularnością cieszy się seria z perypetiami dwojga młodych detektywów. Planuje Pan dalsze przygody Morsa i Pinky?
Dotychczas ukazało się sześć części przygód szkolnych detektywów. Ich popularność była i jest bardzo duża. Tymczasem wydawcy twierdzą coś zupełnie innego, co i dla mnie, i dla ilustratora jest wielkim zaskoczeniem. W związku z tym bardzo głęboko zastanawiamy się, czy kontynuować tę serię, czy może lepiej pracować nad innymi projektami (jeden z nich mamy już nawet rozpoczęty). Od samego początku swojej kariery pisarskiej wychodzę z założenia, że nie chciałbym kiedykolwiek pisać i wydawać książek „na siłę”. Przygody Morsa i Pinky są rozpoznawalne w Polsce i poza jej granicami, organizowane są konkursy czytelnicze ze znajomości treści książek, strona internetowa (www.mors-pinky.pl) żyje i ma sporą (jak na stronę niekomercyjną) oglądalność – natomiast wydawcy zdają się w ogóle nie zauważać faktu, że książki te stały się już pewnego rodzaju nośnikiem marketingowym. Cóż, w takich okolicznościach trudno myśleć o kontynuacji.
TS: W jakim nakładzie łącznie wydano Pana książki?
Nigdy tego nie liczyłem, ale gdyby spróbować porachować, to myślę, że z pewnością doszlibyśmy do 50 tysięcy. Mówię tu zarówno o książkach dla młodszych, jak i starszych czytelników.
TS: Otrzymał Pan liczne nagrody. Która jest dla Pana najważniejsza i dlaczego?
Nie było ich znowu tak dużo. Najbardziej liczącą się jest chyba ostatnia nagroda, przyznana mi w grudniu 2010 r. przez prezydenta miasta, w którym mieszkam, za osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechnianie i ochronę kultury. Jednym słowem była to nagroda za całokształt mojej twórczości pisarskiej i działalności na rzecz upowszechniania czytelnictwa. Mam nadzieję, że i ten wywiad zachęci was do sięgnięcia po książki mojego autorstwa. Życzę przyjemnej lektury, a dociekliwych zapraszam także na stronę www.blog.rekosz.pl gdzie znajdziecie najnowsze wieści z tego, co u mnie słychać.
TS: W imieniu czytelników ,,Teraz szkoła” dziękuję za rozmowę i mam nadzieję, że wszyscy ci, którzy jeszcze nie zapoznali się z Pana twórczością, przybiegną w te pędy do naszej biblioteki, by to nadrobić.
MK
Teraz Szkoła nr 35 ( marzec - kwiecień 2011)
Oficjalna strona internetowa Dariusza Rekosza: www.rekosz.pl
https://poskwitow.edu.pl/?start=2060#sigProGalleria5ec80b9b23
Pan Marek Piekara*. Mieszkaniec podkrakowskiej wsi – Poskwitów. Założyciel firmy Krak-marfish. Kochający ojciec i mąż. Zgodził się przeprowadzić z nami wywiad i udzielić nam odpowiedzi na nasze trudne i liczne pytania. Opowiadał o swoim życiu osobistym, przetwórni oraz jego działalności społecznej.
Czy zawsze zajmował się Pan przetwórstwem ryb?
Przetwórstwem ryb zacząłem się zajmować od 1993, wtedy też powstał zakład przetwórstwa rybnego, natomiast wcześniej także handlowałem rybami. Myślę, że to był poniekąd powód mojego późniejszego założenia przetwórni.
„Początki są zawsze najgorsze” czy w pana przypadku też tak było?
Tak, początki były bardzo trudne. Zwłaszcza ze względu na małą wiedzę na ten temat, brak lokalu, kłopoty organizacyjne, wdrażanie na rynek naszych produktów.
Jaki był pierwszy produkt Pańskiej firmy?
Pierwszym produktem były filety śledziowe słabo solone „ALA MATIAS”, nie chwaląc się, od razu przypadły wielu ludziom do gustu J i są w produkcji do dnia dzisiejszego.
Skąd sprowadza Pan śledzie?
Śledzie sprowadzamy głównie z Islandii, Norwegii i Wysp Owczych.
Czy istnieją filie Pana firmy?
Nie, zakład w Poskwitowie jest jedynym zakładem, jest naszym oczkiem w głowie.
Jak dużą ma Pan konkurencję?
Trzeba przyznać, że konkurencja nie jest mała, ale to chyba jak w każdej dziedzinie. Jakość
i smak naszych produktów gwarantuje powodzenie przedsięwzięcia.
Czy lubi Pan swoją pracę?
Tak, bardzo lubię.
Pani J. Piekara (żona Pana Marka) dodaje: to prawie całe jego życie! (uśmiecha się tajemniczo).
Czy ma Pan własne receptury śledzi?
Tak, opracowane przez siebie i pracowników, wynikające z potrzeb i oczekiwań konsumentów. Oprócz tego dobrze jest, kiedy zakład ma jakieś flagowe, właściwe, autorskie przetwory).
Proszę opowiedzieć o nazwach wyrobów związanych z naszą gminą.
Pierwszym z nich był „Przysmak Zagajski”. Nazwa pochodzi od miejscowości, z której pochodzę, a potem „Zakąska Poskwitowska”, tu chyba tego, skąd się wzięła nazwa nie trzeba tłumaczyć.(Pan Marek uśmiecha się znacząco, wszak nasze spotkanie odbywa się
w Poskwitowie).
Czy smakują Panu własne wyroby?
Mnie smakują wszystkie ryby i śledzie! Ale anegdotą jest to, że moja żona bardzo nie lubi makreli! (Akurat siedzimy pry makrelce z rusztu. Pani Jolancie smakuje)
Skąd pomysł na letnie pikniki?
Letnie pikniki zawsze organizowane są w rocznice otwarcia zakładu. W tym roku będzie 6! Chcemy docenić klientów: po prostu usiąść, porozmawiać. Możemy wtedy dowiedzieć się, jakie jest ich zdanie, co najbardziej im smakuje. Takie spotkania na pewno są też formą promocji zakładu.
Ilu ludzi zatrudnia Pan w swoim zakładzie?
W zakładzie zatrudnionych jest ok. 40 osób. Pochodzą one głównie z gminy Iwanowice
i okolic. Najwięcej z Poskwitowa i Iwanowic.
Jest Pan znany w środowisku ze swej działalności społecznej. Proszę coś o tym opowiedzieć.
Bardzo lubię pomagać, a po za tym wierzę w to, że dobro, które dajemy innym powraca ze zdwojoną siłą. A Nawe jeśli nie to krąży po świecie i do kogoś na pewno trafi. Mam nadzieję, że do kogoś kto tego najbardziej potrzebuje.
Skąd wziął się pomysł na działalność społeczną w klubie sportowym?
Ten pomysł wziął się z wielkiej miłości do piłki nożnej i z chęci do działalności społecznej. W ten sposób mogę też kontynuować swoje drugie hobby, zaraz po prowadzeniu zakładu(szeroko się uśmiecha)
Tworzenie nowych obiektów sportowych sprawia mi wielką radość.
W ten sposób mogę odciągnąć młodych ludzi od codziennych problemów i głupich pomysłów.
Wspomaga Pan też naszą szkołę, dlaczego?
Tak wspomagam szkołę, bo jestem z nią i jej pracownikami, nauczycielami bardzo związany, to bardzo często moi bliscy, znajomi, sąsiedzi, przyjaciele, po za tym szkoła jest
w miejscowości, w której mieszkam. Do szkoły chodziły także moje 3 córki. Pomaganie innym sprawia mi radość, więc jeśli istnieje taka możliwość, to czemu z niej nie skorzystać?
Prosimy w kilku słowach podsumować swoją dotychczasową działalność i swoje osiągnięcia.
Jestem bardzo zadowolony z tego, co dotychczas osiągnąłem. Tak na prawdę, nawet nie sądziłem, że zajdę tak daleko, że osiągniemy wspólnie z żoną taki sukces.
Dziękujemy za rozmowę i życzymy dalszych sukcesów!!J
Wywiad przeprowadzili: Katarzyna Stąpała, Dominika Mucha, Tomasz Cerek i Jakub Szklarski
Teraz Szkoła! Nr29 rok 2010
* Pan Marek Piekara jest obecnie członkiem Rady Powiatu Krakowskiego i pełni w niej funkcję wiceprzewodniczącego Komisji Promocji, Kultury, Turystyki i Sportu
Dnia 26 października uczestniczyliśmy w IV Forum Szkolnych Kół Caritas w Kielcach. Tegoroczne Forum odbyło się pod hasłem: „Zostań wolontariuszem. Zmieniaj siebie i świat. Wolontariat wśród osób niepełnosprawnych”. Na spotkaniu obecni byli: ks. Krzysztof Banasik- zastępca dyrektora Caritas Diecezji Kieleckiej, p. Katarzyna Malicka Pędzik- wizytator Kuratorium Oświaty w Kielcach oraz ks. Prałat Marian Janus – proboszcz miejscowej parafii. Na temat wolontariatu wśród osób niepełnosprawnych wypowiadali się zaproszeni goście: ks. dr Jan Jagiełka dyrektor Domu dla Niepełnosprawnych w Piekoszowie oraz Jasiek Mela z Fundacji „Poza Horyzonty”.
14 października – Dzień Edukacji Narodowej w każdej polskiej szkole jest okazją do wspólnych spotkań uczniów, nauczycieli i rodziców. Tak też zdarzyło się u nas. Była część oficjalna i mniej oficjalna - wiersze, kabaret. Były kwiaty i życzenia.
Wszyscy pracownicy szkoły otrzymali nagrody pieniężne, w tym trzy specjalne – Osoby Prowadzącej Szkoły w Poskwitowie. Pan Michał Znamirowski wręczył je Pani Dyrektor Annie Rerak oraz Paniom Marzenie Ciszewskiej i Marzenie Kluzie.
Podziękowania za bezinteresowną pomoc i wszechstronną współpracę otrzymał Ksiądz Wikariusz Dominik Koston.
W tym dniu jubileusz trzydziestolecia pracy nauczycielskiej obchodziła Pani Joanna Kowalska. Moment wręczania bukietu z 30 czerwonych róż Czcigodnej Jubilatce został przyjęty rzęsistymi brawami na stojąco i zakończył się spontanicznym odśpiewaniem „Stu lat” Nagrodzone, Ksiądz Dominik i Pani Joanna otrzymali również okolicznościowe adresy.
Rozmowa z P. Michałem Znamirowskim - Dyrektorem Prowadzącym Szkołę Podstawową i Gimnazjum w Poskwitowie
>>
Red.
Panie Dyrektorze, w ostatnim naszym Biuletynie, w rozmowie z przedstawicielem redakcji, Zbigniew Grzyb, lider Wolnych Demokratów, przywołał Pana osobę, jako człowieka, któremu udało się zbudować silne więzi między Szkołą, dla której jest Pan "organem prowadzącym", a mieszkańcami miejscowości Poskwitów. Znamy wiele przykładów, gdzie szkoła i grono pedagogiczne a mieszkańcy wsi, czy osiedla rzadko się ze sobą kontaktują! Jak się zatem udało Panu zachęcić mieszkańców do współpracy i współodpowiedzialności za los Szkoły?
Dnia 3 X 2011 w ramach akcji Pola Nadziei przy naszym Kościele Parafialnym w Iwanowicach odbyło się sadzenie żonkili. Czynili to wolontariusze ze Szkolnych Kół Caritas (z Poskwitowa i Iwanowic), wraz z zaproszonymi gośćmi: siostrą Kingą i p. Ewą Wojciechowicz z Hospicjum w Miechowie, przedstawicielami władz gminnych oraz Dyrektorami Szkół. Spotkanie rozpoczęło się od krótkiego programu artystycznego w wykonaniu wolontariuszy. Po krótkich przemowach zaproszonych gości rozpoczęto sadzić cebulki żonkili. W sumie zasadzono ich około 500 sztuk.
https://poskwitow.edu.pl/?start=2060#sigProGalleriaac89a9a78c
Żonkil to symbol nadziei. Tak, jak szybko on przekwita tak, też przemija życie ludzkie. Na wiosną gdy żonkile zakwitną zostaną zerwane aby wręczyć je wszystkim którzy wspomogą finansowo Hospicjum w Miechowie.
https://poskwitow.edu.pl/?start=2060#sigProGalleria6780c45198
Dnia 6 X 2011r odbył się IX Szkolny Konkurs pt. „Święty Franciszek nasz Patron”. W konkursie tym uczestniczyli wszyscy uczniowie Szkoły Podstawowej i Gimnazjum. Konkurs obejmował trzy kategorie. Najpierw zespoły klasowe prezentowały ciekawe scenki z życia Św. Franciszka : „Mniejszy od najmniejszych”, „Cuda za wstawiennictwem Św. Franciszka”, „W sklepie bławatnym p. Bernardone”, „Pierwsi Franciszkanie”, „Nawrócenie sułtana Babilonii”, „Przystąpienie Klary do Braci Mniejszych”. Scenki te były bardzo interesujące i ukazywały różne wydarzenia z życia naszego Patrona. Następnie uczniowie zaprezentowali wykonane plakaty nawiązujące do Przykazań z Dekalogu Św. Franciszka.











